Przejdź do treści

z Panem jakoś raźniej

wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia

Mam naturę zamartwiacza. Namiętnie rozważam co może pójść nie tak i na ile sposobów. Jak łatwo się domyślić, nie ułatwia to jakoś wybitnie życia. Raczej wręcz przeciwnie. Choć nie wiem skąd wziął mi się pomysł, że życie powinno być łatwe. Zapewne za dużo bajek się naoglądałam albo naczytałam za młodu. A tu się okazuje, że łatwo nie jest, nie było i nie będzie i jeśli nie chce się doszczętnie zwariować od nieudanych prób zaklinania rzeczywistości, nie pozostaje nic innego jak tylko przyjąć to do wiadomości akceptującej. Ale też można próbować sobie chociaż tego życia nie utrudniać. Prawda?

Przez ostatnie kilka lat staram się walczyć z onym zamartwianiem, a jak już się przydarzy to chociaż wyrwać się z tej spirali wcześniej raczej niż później. Zdobyłam już trochę narzędzi, które pomagają radzić sobie w takich sytuacjach, ale najskuteczniejszą jak dotąd okazała się propozycja, która przyszła z Góry.

Od jakiegoś czasu czuję się zaproszona przez Pana by oddawać Mu swoje zmartwienia. Słyszałam o tym wielokrotnie wcześniej w kazaniach czy konferencjach, ale jakoś to do mnie nie przemawiało. Nie do końca rozumiałam o co w tym chodzi ani jak to właściwie zrobić. Ale kiedy wróciło to do mnie na modlitwie, w końcu chyba padło na żyzną glebę. Choć wstępnie miałam bardzo duże opory, no bo jak to? Przecież jak już się coś daje, to wypadałoby dawać coś dobrego, szczególnie Panu. A moje zmartwienia bynajmniej nie pasują do tej kategorii. Ale Pan subtelnie zachęcał mnie i przekonywał na modlitwie, żeby zaufać Mu i spróbować. I tak kiedyś, zapewne mając już serdecznie dość taplania się we własnych niewesołych myślach, odważyłam się zaryzykować i faktycznie zaoferować Panu to, co mi zatruwało życie w danym momencie. Ku mojemu zdumieniu (bo nie wierzyłam za bardzo w powodzenie tego przedsięwzięcia), poczułam Pokój. W ramach sprawdzenia, czy aby na pewno już mnie to nęka, przeprowadziłam tzw. test bolącego zęba, przywołując raz jeszcze daną sytuację czy myśl i sprawdzając jak się czuję i tym razem było jakoś inaczej. To co wcześniej bolało, boleć przestało. Było to dla mnie niesamowite i jednocześnie trudne do uwierzenia. Ale zachęcona sukcesem tego eksperymentu coraz częściej próbowałam sobie w taki sposób poradzić w trudnych momentach. A kiedy z jakichś powodów zapominam i wracam do starych schematów a potem narzekam Panu, że mi źle, na modlitwie (jak już zamilknę) słyszę cichy szept:

oddaj Mi to

 

Zaiste, z Panem jakoś raźniej iść przez życie. Świadomość tego, że jest tuż obok, niezależnie od tego co nabroję, dodaje siły. Wprawdzie nadal jestem dość daleka od stwierdzenia, że WSZYSTKO mogę z Panem (kto wie, może kiedyś do tego dojrzeję), zdecydowanie widzę, że WIELE dzięki Panu mogę i że jest to o wiele więcej niż byłabym w stanie osiągnąć tylko własnymi siłami. Zresztą, z moich obserwacji wynika, że wszystko się koncertowo kiełbasi kiedy wchodzę w tryb Zosi samosi. I dopiero jak po raz kolejny mam bliskie spotkanie trzeciego stopnia ze ścianą, nabieram pokory i przypomina mi się by jednak opierać się na Panu a nie na sobie. Pozostaje mieć nadzieję, że może się kiedyś ostatecznie nauczę.

A w międzyczasie mogę nucić tę pieśń 😊

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *